Departament Czarnej Dupy- tak zwykliśmy niekiedy nazywać naszą bezokienną norę w pracy. Nie wynika to bynajmniej z braku światła dziennego, czy okrutnie mrugających szpitalnych świetlówek, ale z ogromu bezsensownych zadań, z którymi czasem przychodzi nam się zmierzyć. Z racji różnych zawirowań personalnych zmuszeni jesteśmy poszukać brakującego ogniwa do naszej wesołej piątki, a to nie lada wyzwanie. Ogłoszenie wystawione, spływają pierwsze CV i... zaczyna się. Krótka analiza naszych potrzeb i selekcja, po głębszym przemyśleniu- analiza okrutna, ale o tym za chwilę. Umawianie spotkań i nerwowe wyczekiwanie na kandydatów, niczym przed pierwszą randką, po czym.. pierwsze 3 osoby nie przychodzą, kolejne a to się spóźniają, a to przybywają 30 minut wcześniej, z jednymi rozmowa trwa i trwa, inni wychodzą już po 5 minutach, jedni nie pytają o nic, inni dyktują już warunki do umowy, jedni zbyt oficjalni, drudzy zbyt luźni, jedni pięknie ubrani, inni w adidasach itp itd...CV dalej się drukują, przewracane na biurku na prawo i lewo, minus, plus, kolorowy haczyk, co to za mina, co to za zdjęcie (drogie Panie - fotki z bandanką na głowie lub sweet focie z łapki naprawdę źle wyglądają na Waszym życiorysie), ta wydaje się ok - nie odbiera, ta wydaje się super - nie przychodzi... A my dalej z nadzieją rozmyślamy... Fajnie jakby była młoda (tak, doszliśmy do tego, że najlepiej jakby to była dziewczyna), ale nie za bardzo młoda... ucząca się, ale zaocznie, przebojowa, ale nie za głośna, stonowana, ale nie cicha myszka, luźna, ale odpowiedzialnie podchodząca do obowiązków, samodzielna, ale przecież czasem i my jej powiemy co powinna robić, z poczuciem humoru, z ogólnym ogarem życiowym, z ciekawą pasją, a przede wszystkim z dużą cierpliwością, żeby wytrzymała z naszą wesołą gromadą. A jest co znosić, bo głośno u nas jak na dworcu, przekleństwa latają jak pociski w Afganistanie, telefony dzwonią często jak u wróżbity Dawida, a humorki nasze dają czasem o sobie znać - a to włoska rodzina się kłoci, a to K. ma ciche dni, a to A. opowiada o nakładaniu cieni, kwitując- wolę pogmerać palcami i mam to w dupie, nałogowo śledzimy pudelka, kwejk oraz śmieszne filmiki na youtube, dlatego na pytanie "co to jest?" możecie usłyszeć "to je amelinium, tego nie pomalujesz", a ostatnio lubimy mówić o tym co nas denerwuje- "woda, ziemia, hemoglobina, dwutlenek węgla, halucynacja... taka sytuacja"...
piątek, 8 lutego 2013
wtorek, 5 lutego 2013
3. O keczupie w torebce
Kobiece
torebki - jedna z miejskich legend, których mężczyźni nigdy nie ogarną. Ostatnio K.
zapytał mnie w pracy czy mamy w lodówce keczup, ja bez zawahania wyciągnęłam
saszetkę z torebki i dumnie wręczyłam mu do ręki. Zamiast uprzejmego 'dziękuję' spotkałam
się z 'nosisz w torebce keczup?!' - (tak, co w tym dziwnego??).. i wtedy
wpadła mi do głowy pewna refleksja. Kobiece
torebki są pełne rzeczy przydatnych bardziej lub mniej, każdy z tych
drobiazgów jest dla nas na wagę złota. Kobieca
torebka to czarna dziura, studnia bez dna i choć miejsce w nie jest ograniczone,to
jednak da się sporo upchać. Z ciekawości
zajrzałam dziś do swojej, niby nie wypchanej, ale znalazłam w niej: portfel,
kosmetyczkę (jej zawartość to osobna historia), kalendarz, zeszyt, dwa
długopisy, umowę i cennik od nowego operatora tel., odmrażacz do zamków, 3 pary
kluczy, gumkę do włosów, jeszcze 2 saszetki keczupu, piłeczkę antystresową, pendrive,
maść, chusteczki mokre, chusteczki suche, paczkę gum, ładowarkę
samochodową, okulary... czy to dużo? Od razu
pomyślałam o ogromie rzeczy, które
przecież mogą się przydać, a o których nie pomyślałam wcześniej... no bo
przydałby się jakiś plaster i pilniczek może.. perfum też jakiś w razie czego, batonik
na dłuższy pobyt poza domem.. saszetka kawy, jakby w pracy się skończyła.. może jakiś
śrubokręt, bo przecież czasem coś się psuje.. i
super glue! przecież to jest rzecz niezbędna! .. gdyby tak
jeszcze tam upchnąć kubek termiczny i może jakiś magazyn do poczytania, albo książkę
najlepiej... mogłabym tak wymieniać bez końca..Pamiętajcie
Panowie - teren poza domem to miejska dżungla, a każde
wyjście z mieszkania to prawdziwa wyprawa w nieznane,a przecież
my Kobiety musimy być przygotowane na każdą okazję :)
czwartek, 31 stycznia 2013
2. O torebce za 600 funtów i Borysie Szycu.
Jest takie
miejsce, które jednocześnie kocham i nienawidzę. Miejsce,
którego często mam dosyć, ale po kilku dniach za nim tęsknię. To miejsce
to moja praca. Cała ta biurowa otoczka schodzi na dalszy plan,kiedy
siedzę w pokoju wraz z moimi współpracownikami. A o nich jest co opowiadać... Podobno
każdego człowieka można opisać jednym słowem, ale u nas musiałaby to być cała
książka. Wielowymiarowe charaktery, naładowane energią osobowości. I tak o to
znajdziemy tam włoską rodzinę, Michaela Jacksona, siłacza atletę, emo chłopca, Bunię
gospodynię, szparkę sekretarkę, mamę J., miłośniczkę wszystkiego co włochate i
czworonożne, gwiazdę rocka, kucharza amatora, syrenę-delfina znawców kina, znawców
wina, znawców
whisky, znawców mody, niespotykanych kopalni wiedzy o celebrytach, a także cały
chórek. To wszystko to 4 osoby, które mnie otaczają, a czasem mam wrażenie,
że na 30m2
jest ich conajmniej 100. Łeb pęka do reszty, ale brzuch od śmiechu także, kiedy 1,5
godziny włoska rodzina kłóci się o zasadność zakupu torebki za 600 funtów lub kiedy
chórek namiętnie naśladuje radiowe głosy na wysokich tonach, albo gdy co
chwila słyszę dwa męskie głosy mówiące razem "Borys Szyc!", nie
wspominając o często przewijającym się wierszyku "z łapy do papy" lub
wysadzających bębenki w uszach piskach syreny-delfina. Zwijam się ze śmiechu na biurku
kiedy Michael Jackson energicznie tańczy na swoim krześle, chowając się za monitorem
lub kiedy po raz kolejny ktoś przeinacza zasłyszane przez siebie
zdanie ("dziś leci Wróg u bram" ---> "coo?? Gruby
i down???").Po spędzaniu
ze sobą tyle czasu mogłoby się zdawać, że wieje u nas nudą, jednak
kolejny dzień zawsze przynosi nowy, śmieszny scenariusz.
środa, 30 stycznia 2013
1.
Myśli. Setki. Tysiące. Miliony. Co robicie z natłokiem myśli kotłujących się
głowie. Są te ciche i te
głośne. Te wstydliwe i te odważne. Czy każda wychodzi na światło dzienne? Czy nie utyka Wam w gardle? Czy nie dusi klatki
piersiowej podczas nocnej ciszy? Dla mnie nastał moment kiedy mój dysk twardy w głowie
został zapchany do ostatniego zakamarka, nie przyjmuje już żadnej nowej informacji,
refleksji, czy zagwozdki. Nastał moment kiedy mam ochotę wyjść na ulicę i
krzyczeć, aby pozbyć się tych gigabajtów głupot. I mimo że moi
współpracownicy często słyszą z moich ust „zaraz stąd wybiegnę na ulicę i rzucę
się pod nadjeżdżającego
TIRa” to ze zwykłego tchórzostwa tego nie zrobię, ale za to z potrzeby
chwili i opróżnienia głowy z
bajzlu powstało to miejsce. Miejsce trampolina- odskocznia od tych
wszystkich rzeczy, które
przygnębiają i ciągną nas do dołu, a także na wyrzucenie z siebie wszystkich
żali dotyczących
otaczającego mnie świata (w tylko mi znany zabawny sposób, a raczej
innych, bo to co mnie wkurza,
śmieszy innych). Zapalnikiem tego procederu był K. i choć doradzał, abym nie szczędziła
przekleństw, od których na co dzień nie stronię, to dla pozoru piszę
elegancko i składnie, bo to w
końcu pierwszy wpis i nie chcę wyjść na buraka. Tak czy inaczej let the game begin.
Subskrybuj:
Posty (Atom)